Każdy przyjezdny zadaje to samo pytanie: skoro miasto nazywa się Łódź, to gdzie jest woda? Odpowiedź leży pod twoimi stopami. Nazwa pochodzi najpewniej od rzeczki Łódki, a przez teren miasta płynie kilkanaście małych rzek i strumieni — mówi się zwykle o osiemnastu — tyle że większość z nich zamknięto w kanałach, rurach i kolektorach, kiedy XIX-wieczne fabryki potrzebowały wody, a potem miejsca. Łódka wciąż płynie, tylko w ciemności, gdzieś pod okolicami Piotrkowskiej. Na pamiątkę została łódka w herbie, obecna na pieczęciach od stuleci. Dlatego łodzianie mają do wody stosunek sentymentalny: stawy w parkach i odkopywane fragmenty rzek traktują jak odzyskane zdjęcia z rodzinnego albumu. Miasto bez rzeki? Raczej miasto, które rzeki schowało do piwnicy. Szukaj łódki na tramwajach i miejskich koszach — jest wszędzie.
Zacznijmy od kpiny, którą łodzianie słyszą od dzieciństwa: „Łódź, a morza ani widu”. Otóż morza rzeczywiście nie ma, ale wody jest tu więcej, niż się wydaje — tylko nauczyła się być niewidzialna. Miasto leży na wododziale, na wyżynnym garbie, z którego małe rzeki spływają w różne strony: do Bzury i dalej do Wisły albo do Neru i Warty. Bałutka, Jasień, Olechówka, Sokołówka, Dobrzynka, Ner i oczywiście Łódka — to lista, którą warto znać, bo każda z tych nazw wraca w nazwach ulic, parków i osiedli.
Po co je schowano? W XIX wieku woda była paliwem przemysłu. Pierwsze manufaktury stawały nad rzekami, spiętrzały je stawami i używały do napędu, farbowania, bielenia. Kiedy fabryk przybyło, rzeki zamieniły się w barwne ścieki — dosłownie, bo kolor wody zależał od tego, co akurat farbowano. Rozwiązanie było typowe dla epoki: zakryć, skanalizować, zabudować. Łódka, od której wzięła się nazwa miasta, płynie dziś w dużej mierze podziemnym kanałem; jej dawną dolinę da się jeszcze wyczuć w spadkach terenu i w parkach, które powstały na podmokłych łąkach.
Herb dopowiada resztę. Łódka pojawia się na pieczęciach miasta od czasów, gdy Łódź była małym rolniczym miasteczkiem — prawa miejskie dostała w 1423 roku i przez następne czterysta lat nie zapowiadała niczego wielkiego. Ta skromna łódeczka przepłynęła potem przez wszystkie epoki i dziś zdobi i tramwaje, i miejskie gadżety. Mało które miasto nosi w herbie przedmiot, którego nie ma czym używać, i mało które robi to z takim wdziękiem.
Co z tego masz jako gość? Po pierwsze, lepiej czytasz mapę: stawy w parkach Źródliska, Na Zdrowiu czy w Helenowie to ślady dawnych rzek i fabrycznych zbiorników. Po drugie, rozumiesz lokalną dumę z każdego projektu, który odsłania wodę — o „wydobywaniu rzek na powierzchnię” mówi się tu z czułością, jak o powrocie zaginionego krewnego. Po trzecie, masz gotową anegdotę na pierwszą kolację: nazwa miasta nie pochodzi od statku, tylko od strumyka, który dziś płynie pod asfaltem.
Jest jeszcze jeden, mniej oczywisty ślad. Łodzianie od pokoleń skarżą się na podtopione piwnice po ulewach, a hydrolodzy tłumaczą, że to schowane rzeki przypominają o sobie. Kiedy po burzy woda zbiera się w obniżeniach terenu, najczęściej robi to dokładnie tam, gdzie kiedyś płynął strumień. Miasto pamięta swój dawny krajobraz lepiej niż mapy. A jeśli chcesz zobaczyć wodę w wersji łódzkiej, idź do parku Źródliska, najstarszego w mieście, albo do lasu Łagiewnickiego (karta 07), gdzie strumienie wciąż płyną po wierzchu. Łódź nie ma rzeki, po której pływają łodzie. Ma za to kilkanaście, które pływają po cichu — i to jest bardzo łódzkie.