Łódź ma swój słownik i łatwo się na nim wyłożyć. Migawka to nie aparat, tylko bilet okresowy na tramwaj — pytanie „masz migawkę?” oznacza kontrolę sumienia, nie fotografię. Krańcówka to pętla, na której tramwaj kończy trasę i kierowca pali papierosa. Angielka to podłużny chleb, który gdzie indziej nazwano by bagietką z ambicjami. Pietryna to oczywiście Piotrkowska (karta 04), a famuły to robotnicze domy z czasów fabryk (karta 06). Iść na szagę znaczy iść na skos, na skróty, przez podwórko. Te słowa to nie folklor z muzeum: słychać je na przystanku, w piekarni i na ławce. Użyj jednego we właściwym miejscu, a łodzianin od razu cię polubi. Dwa słowa wystarczą, trzy to już prawie obywatelstwo.
Łódź wyrosła w kilkadziesiąt lat z ludzi, którzy przyjechali zewsząd: ze wsi pod Sieradzem, z Mazowsza, z Saksonii, z Czech, z żydowskich miasteczek (karta 03). W takim tyglu język musiał się zlepić na nowo, a to, co wyszło, do dziś pachnie fabryką, tramwajem i podwórkiem. Nie jest to gwara w sensie wiejskim, raczej miejski slang z długą pamięcią. Kilka słów wystarczy, żeby przestać brzmieć jak turysta.
Najsłynniejsza jest migawka. Poza Łodzią to słowo kojarzy się z fotografią, tu oznacza bilet okresowy, kiedyś kartonik, który pokazywało się kontrolerowi „migiem”, jednym ruchem ręki. Stąd pewnie nazwa i stąd jej sens: dokument dla stałych bywalców, nie dla gości. Zaraz za nią jest krańcówka, czyli pętla tramwajowa lub autobusowa, miejsce, gdzie trasa się kończy, a zaczyna miasto na marginesie: działki, bloki, las. „Jedź do krańcówki i zadzwoń” to w Łodzi zupełnie normalny opis drogi (karta 48).
Z piekarni pochodzi angielka, podłużny, pszenny bochenek z chrupiącą skórką, który reszta Polski nazywa po prostu bagietką albo bułką paryską. Łodzianin powie „poproszę angielkę” i dostanie dokładnie to, czego chciał; przyjezdny dostanie spojrzenie. Obok stoi żulik, ciemny, słodkawy chleb z rodzynkami, o którym więcej w następnej karcie (karta 27). Do słownika przestrzeni należą famuły, czyli długie domy robotnicze przy fabrykach (karta 06, karta 11), i oczywiście Pietryna, pieszczotliwe imię Piotrkowskiej (karta 04), której nikt tu w rozmowie nie nazywa pełnym imieniem.
Jest też kilka słów ruchu. Iść na szagę to iść na skos, na przełaj, najkrótszą drogą przez plac albo przez przechodnie podwórko, a w mieście prostokątnych kwartałów i długich bram to sztuka przydatna codziennie (karta 37). Łódzkie „podwórko” to zresztą osobny świat: studnia między kamienicami, gdzie dzieci grały w piłkę, a dorośli wymieniali plotki. Językoznawcy dopisują do łódzkiej listy kolejne słowa i spierają się, które z nich są naprawdę tutejsze, a które po prostu środkowopolskie. Ten spór zostawmy specjalistom. Dla nas liczy się to, że słowa wciąż krążą między przystankiem a piekarnią i że młodzi łodzianie używają ich z przekorną dumą, jak herbu miasta.
Praktyczna rada: nie trzeba od razu mówić jak łodzianin, wystarczy rozumieć. Kiedy kierowca zapowie „krańcówka, wysiadamy”, ktoś w sklepie zapyta, czy angielka ma być krojona, a nowy znajomy zaproponuje skrót na szagę przez dwie bramy, będzie jasne, o co chodzi. A jeśli pod koniec pobytu samo wyrwie się „kupię migawkę na tydzień”, to znak, że miasto zadziałało. Łódź nie ma rzeki (karta 01), ale ma język, który płynie własnym korytem.