Jeszcze w 1820 roku Łódź była zapyziałym miasteczkiem z kilkuset mieszkańcami. Potem władze Królestwa Polskiego wyznaczyły ją na osadę przemysłową, ściągnęły tkaczy z Saksonii, Czech i Śląska, rozparcelowały grunty — i ruszyła maszyna. Pod koniec XIX wieku mieszkało tu kilkaset tysięcy ludzi, a o mieście mówiono „polski Manchester”. Taki wzrost zdarzał się wtedy w Ameryce, nie w Europie Środkowej. Władysław Reymont opisał to w „Ziemi obiecanej”: gorączkę, pieniądz, dym, bezwzględność i sen o fortunie. Tytuł przylgnął do Łodzi na zawsze, choć sam Reymont nie pisał laurki. Kiedy chodzisz po centrum, pamiętaj: prawie wszystko, co widzisz, powstało w ciągu życia jednego pokolenia. Stąd ten pośpiech w architekturze — i ten rozmach. Łódź to w gruncie rzeczy start-up sprzed dwustu lat.
Większość europejskich miast rosła przez stulecia, warstwa po warstwie. Łódź wystrzeliła. W latach dwudziestych XIX wieku władze Królestwa Polskiego, szukając sposobu na rozkręcenie przemysłu, wskazały kilka miasteczek na osady fabryczne. Łódź, położona przy trakcie z Piotrkowa, z rządowymi gruntami i wodą w rzeczkach (karta 01), trafiła na listę. Wytyczono Nowe Miasto z ośmiobocznym rynkiem — dzisiejszy plac Wolności — a na południe od niego osadę Łódka dla tkaczy, z długimi działkami wzdłuż traktu, który stał się Piotrkowską (karta 04).
Przybysze przyjeżdżali z zachętami: ziemia, materiał na dom, ulgi. Najpierw rękodzielnicy z tkackimi warsztatami, potem przedsiębiorcy z kapitałem i maszynami parowymi. Przełomem była mechanizacja — pierwszy wielki komin postawił Ludwik Geyer (karta 10) — a potem otwarcie gigantycznego rynku zbytu na wschodzie, w Cesarstwie Rosyjskim. Bawełna jechała do Łodzi, tkaniny wyjeżdżały w głąb imperium. W kilkadziesiąt lat miasto z kilkuset mieszkańców przekroczyło pół miliona. Porównania z Manchesterem nie były przesadą, tylko opisem.
Tę gorączkę złapał Władysław Reymont. „Ziemia obiecana”, wydana pod koniec XIX wieku, to powieść o trzech wspólnikach — Polaku, Niemcu i Żydzie — którzy chcą zbudować własną fabrykę, i o mieście, które pożera ludzi. Reymont Łodzi nie lubił i nie ukrywał tego: widział w niej moloch, targowisko sumień i dymu. Ironia historii polega na tym, że jego tytuł stał się najlepszym sloganem, jaki miasto kiedykolwiek dostało. Po latach Andrzej Wajda przeniósł powieść na ekran (karta 25) i mit dostał obrazy: pałace, hale, konie ciągnące bele, szampan i nędza w jednym kadrze.
Dla ciebie ta historia jest kluczem do całego miasta. Tłumaczy, dlaczego secesyjne kamienice stoją obok drewnianych domków, a pałac fabrykanta obok famuły (karta 06). Tłumaczy siatkę prostych ulic, tak nietypową dla polskich miast, i to, że starówki w klasycznym sensie tu brak — Łódź nie miała czasu jej zbudować. Tłumaczy też charakter łodzian: pragmatycznych, bezpośrednich, z poczuciem humoru ludzi, których przodkowie przyjechali tu za pracą, nie za widokami.
Warto zapamiętać jeszcze jedno słowo z tamtej epoki: „lodzermensch”. Tak mówiono o człowieku, który przyjechał do Łodzi robić interesy i dla pieniądza był gotów na wszystko. Określenie było pogardliwe, ale łodzianie z czasem przyjęli je z przekorą — dziś w lokalnym żargonie znaczy raczej kogoś zaradnego, szybkiego i bez kompleksów. Reymont by się zdziwił. Warto więc spojrzeć na centrum jak na makietę jednego, bardzo długiego boomu. To miasto nie ewoluowało. Zostało wymyślone, zbudowane i zasiedlone w tempie, które dziś kojarzy się raczej z Szanghajem. A cała reszta łódzkiej historii — imperia bawełny, upadek, druga szansa — to tylko dalsze rozdziały tej samej powieści.