Przez lata Łódź miała opinię miasta szarego, zaniedbanego i smutnego — po upadku przemysłu (karta 14) wyglądała, jakby ktoś zapomniał zgasić światło po imprezie. Łodzianie żartowali z siebie pierwsi. A potem miasto zabrało się do roboty. Podziemny dworzec Łódź Fabryczna, Nowe Centrum Łodzi wokół EC1, dawnej elektrowni zamienionej w centrum nauki i kultury, setki odnowionych kamienic w programie rewitalizacji, woonerfy — ulice, na których pieszy ma pierwszeństwo, a samochód jest gościem. Nie wszystko jest skończone i to widać: obok lśniącej fasady wciąż stoi ta, na którą czeka rusztowanie. Ale właśnie ten kontrast jest ciekawy. Oglądasz miasto w trakcie przemiany, nie po niej — i to się zdarza rzadko. Łodzianie sami powiedzą ci, co się udało, a co jeszcze nie.
Łódź długo była miastem, o którym mówi się z przekąsem. Po 1990 roku fabryki zamykano jedna po drugiej, ludzie wyjeżdżali, kamienice niszczały, a w rankingach atrakcyjności miasto lądowało na szarym końcu. Sami łodzianie mieli na to swoje określenia i swoje dowcipy — łódzki humor zawsze był trochę czarny, bo musiał. Ale w ostatnich dwóch dekadach wydarzyło się coś, co zasługuje na osobną opowieść: miasto postanowiło przestać przepraszać za siebie.
Pierwszym sygnałem była Manufaktura (karta 13), która udowodniła, że fabryka może być sercem miasta w nowym sensie. Potem przyszło Nowe Centrum Łodzi — ogromny projekt wokół EC1, dawnej elektrowni miejskiej z początku XX wieku. W jej halach są dziś centrum nauki i techniki, planetarium, narodowe centrum kultury filmowej (w stronę filmu ciągnie tu wszystko — karta 22). Obok wyrósł podziemny dworzec Łódź Fabryczna, otwarty w 2016 roku, z jasną halą, która wygląda jak statek kosmiczny zakopany w centrum.
Druga linia zmian jest skromniejsza, ale dla codzienności ważniejsza. Łódź jako jedno z pierwszych polskich miast wprowadziła woonerfy — ulice na holenderską modłę, gdzie nie ma podziału na jezdnię i chodnik, a przestrzeń należy do pieszych, drzew, ławek i ogródków kawiarnianych. Pierwszy powstał na 6 Sierpnia, potem przyszły kolejne. Równolegle ruszył wielki program rewitalizacji obszarowej: remonty całych kwartałów kamienic w centrum, z nowymi podwórkami, instalacjami, czasem z mieszkańcami, którzy wrócili po latach.
Nie ma co udawać, że to bajka o łabędziu. Rewitalizacja ma swoje koszty — przeprowadzki, spory o charakter dzielnic, remonty, które ciągną się latami. Są kwartały lśniące i kwartały, które wciąż czekają. Część łodzian cieszy się głośno, część krytykuje, i obie grupy mają trochę racji. Ale jako gość zobaczysz rzecz rzadką: miasto w połowie drogi, gdzie na jednej ulicy możesz porównać „przed” i „po”.
Zwróć uwagę na murale. W czasach, gdy nie było pieniędzy na remonty, Łódź zamieniła ślepe ściany kamienic w galerię wielkoformatowej sztuki ulicznej. Festiwale muralowe ściągnęły artystów z całego świata, a dziś po mieście rozsianych jest kilkaset prac. To był pierwszy sposób, w jaki miasto nauczyło się mówić o sobie kolorem, zanim przyszły fundusze na elewacje. Jak to oglądać? Zacznij od EC1 i dworca Fabryczna, przejdź woonerfem na 6 Sierpnia albo Traugutta, zajrzyj w odnowione podwórka przy Piotrkowskiej (karta 04), a na koniec zejdź w boczną ulicę, gdzie remont jeszcze nie dotarł. Zrozumiesz wtedy, dlaczego łodzianie mówią o swoim mieście z miłością, której nie trzeba tłumaczyć ludziom z miast ładnych od zawsze.