Łódź w weekend zwalnia i robi to z przyjemnością. Sobota rano należy do targowisk: Rynek Bałucki to wielki, gwarny bazar z warzywami, ubraniami i wszystkim pomiędzy, a Górniak to mniejszy, sąsiedzki targ, gdzie babcie kupują jajka od tych samych gospodyń od lat. W niektóre weekendy działają pchle targi i giełdy staroci, na których można wygrzebać fabryczne szpulki, emaliowane garnki i pocztówki z Łodzi sprzed stu lat. Niedziela to czas śniadań: kawiarnie i bistra serwują je do późnego popołudnia, bo miasto wstaje powoli. Weź torbę na targ, zostaw sobie wolne przedpołudnie i poczuj Łódź tak, jak czują ją łodzianie w dzień wolny. Kto raz zje niedzielne śniadanie o czternastej, szybko przestaje się tłumaczyć. W Łodzi to po prostu normalna pora.
W mieście, które przez półtora wieku żyło rytmem fabrycznej syreny, wolny dzień był świętością. Niedziela była jedynym dniem, kiedy włókniarki (karta 21) mogły wyspać się, ugotować coś lepszego i wyjść do parku. Ten rytuał przetrwał, choć zmienił formę. Dziś łódzki weekend to targ w sobotę, późne śniadanie w niedzielę i spacer bez celu.
Rynek Bałucki jest najsłynniejszym targowiskiem w mieście i jednym z największych w tej części Polski. Leży w sercu Bałut (karta 39), niedaleko Starego Rynku, i jest trochę jak miasto w mieście: rzędy straganów z warzywami, owocami, serami, pieczywem, a obok stoiska z ubraniami, butami, zabawkami i narzędziami. Gwar, negocjacje, zapachy, handlarze nawołujący klientów. To miejsce, gdzie widać Łódź bez makijażu. Najlepiej przyjść rano, kiedy towar jest najświeższy, a tłum jeszcze znośny.
Targ na Górniaku to zupełnie inna skala: mniejszy, bardziej sąsiedzki, z gospodyniami spod Łodzi, które przywożą jajka, twarogi, śmietanę, kwiaty i sezonowe owoce. Tu kupuje się od znajomych, a rozmowa o pogodzie jest częścią transakcji. Dla kogoś z zewnątrz to świetne miejsce, żeby zobaczyć codzienne życie dzielnicy i kupić coś na śniadanie w wynajętym mieszkaniu. W sezonie warto szukać truskawek, czereśni, grzybów i ogórków do kiszenia.
Pchle targi i giełdy staroci pojawiają się w różnych miejscach i o różnych porach, a ich rozkład się zmienia, więc przed wyjściem warto sprawdzić aktualne terminy. Łódź jest dla zbieraczy rajem, bo stare mieszkania w kamienicach (karta 06) wciąż oddają swoje skarby: szklanki z PRL-u, emaliowane czajniki, fabryczne szpulki i czółenka, stare mapy, pocztówki z Piotrkowską zanim stała się deptakiem (karta 04). Najlepsze znaleziska wymagają cierpliwości i rozmowy ze sprzedawcą, który zwykle zna historię każdego przedmiotu.
A potem niedzielne śniadanie. Łódź stała się miastem późnych śniadań: wiele kawiarni i bistr (karta 28, karta 29) podaje je do popołudnia, bo nikt tu w niedzielę nie wstaje z kurami. Jajka na różne sposoby, szakszuka, pancakes, ale też polskie klasyki jak jajecznica na maśle z pieczywem z lokalnej piekarni. Po śniadaniu najlepiej wybrać się na spacer: do parku Źródliska (karta 38), do Księżego Młyna (karta 11) albo w stronę Łagiewnik (karta 07). Łódź w weekend nie ma w sobie pośpiechu, i to jest jej największy urok. Warto też pamiętać, że wiele sklepów w Polsce jest w niedziele zamkniętych, więc zakupy spożywcze lepiej zrobić w sobotę na targu. Łódzki weekend ma swoją logikę: najpierw bazar i rozmowy przy straganach, potem długie śniadanie, potem park albo muzeum. Kto przyjmie ten rytm, szybko poczuje się tu jak u siebie.