Przed wojną łódzka ulica mówiła po polsku, w jidysz, po niemiecku i po rosyjsku — często w jednym zdaniu. Polacy, Żydzi, Niemcy i Rosjanie budowali to miasto razem, choć nie zawsze w zgodzie: jedni mieli fabryki, drudzy przy nich pracowali, trzeci rządzili. Wojna zniszczyła ten świat, ale jego ślady zostały wszędzie. Widzisz je w czterech świątyniach, w nazwiskach na fasadach, w żydowskich i niemieckich rodach fabrykanckich, w prawosławnej cerkwi przy Kilińskiego. Czujesz je też na talerzu: w pierogach i czulencie, w niemieckich wypiekach, w rosyjskich naleciałościach. Festiwal Czterech Kultur co roku odświeża tę pamięć. Łódź nie ma jednego rodowodu — i właśnie to jest jej rodowodem. Wystarczy uważnie patrzeć na fasady.
Kiedy miasto rośnie z kilkuset do kilkuset tysięcy mieszkańców w dwa pokolenia (karta 02), nie ma czasu na jednolitość. Do Łodzi zjeżdżali niemieccy tkacze i majstrowie, żydowscy kupcy i przedsiębiorcy z całego zaboru rosyjskiego, polscy chłopi szukający pracy przy krosnach, rosyjscy urzędnicy i wojskowi. Przez dziesięciolecia żadna grupa nie miała tu wyraźnej przewagi; Żydzi stanowili około jednej trzeciej mieszkańców, Niemcy liczną mniejszość, a Polacy — rosnącą większość robotniczą.
To nie była idylla. Między fabrykantem a robotnikiem granica biegła często także po linii języka i wyznania, a napięcia wybuchały w strajkach i rewolucji 1905 roku. Ale była to wspólnota interesu: wszyscy żyli z bawełny. Wielkie rody — Poznańscy (karta 08), Scheiblerowie (karta 09), Geyerowie (karta 10), Grohmanowie — należały do różnych kultur, a łączyły je giełda, małżeństwa i wspólne rady nadzorcze.
Co zostało? Najpierw świątynie. Katedra katolicka przy Piotrkowskiej, luterańskie kościoły z fundacji niemieckich fabrykantów, prawosławna cerkiew św. Aleksandra Newskiego z kolorową kopułą, a po stronie żydowskiej — niestety w dużej mierze pustka, bo wielkie synagogi spalili Niemcy w 1939 roku; pamięć przechowuje dziś przede wszystkim cmentarz przy Brackiej (karta 18) i szlak dawnego getta (karta 17). Potem fasady: na kamienicach wciąż znajdziesz inicjały właścicieli, gmerki, daty, czasem ledwo widoczne szyldy w kilku alfabetach. I wreszcie język: łódzka polszczyzna ma w sobie echa jidysz i niemieckiego, a także słowa, które znajdziesz w kartach o mowie miasta (karta 26).
Na talerzu ta mieszanka jest najsmaczniejsza. Żydowska kuchnia wróciła do miasta w restauracjach i podczas festiwali — czulent, kugel, gefilte fisz. Niemieckie tradycje przetrwały w piekarniach i cukierniach, rosyjskie w pierogach, pielmieniach i zamiłowaniu do herbaty. Polska kuchnia robotnicza dołożyła do tego zalewajkę i prażoki (karta 27). Nikt tu nie przestrzega granic: w jednym barze mlecznym zjesz trzy tradycje naraz.
Dobrym punktem wyjścia jest też stary cmentarz przy Ogrodowej, podzielony na części katolicką, ewangelicką i prawosławną. Groby fabrykantów stoją tu obok grobów rzemieślników, napisy mieszają polski, niemiecki i cyrylicę, a kaplica Scheiblerów (karta 09) góruje nad całością. To jedno miejsce, w którym trzy z czterech kultur leżą obok siebie, oddzielone tylko ścieżką i murkiem. Najlepszy moment, żeby to poczuć, to Festiwal Dialogu Czterech Kultur albo po prostu uważny spacer. Patrz w górę, na zdobienia i napisy; wejdź do cerkwi, zajrzyj na cmentarz ewangelicki przy Ogrodowej. Łódź nie ma starówki, ale ma coś rzadszego: miasto, w którym każda kamienica może opowiadać w innym języku.